Nawróceni


Grupa muzyków grających twardy, czadowy rock, przeżyła spotkanie z Chrystusem. Nie wstydzą się swej wiary, są przedmiotem zainteresowania, ale i kpin. Grają dalej swoją ostrą muzykę, zmienili jednak ostry styl życia.


Tomek Budzyński

Zapytany, dlaczego poszedł za Jezusem, mówi:

- To jest tak, że Jezus mnie woła, a na Jego głos nie sposób nie odpowiedzieć. To tak, jakby wołała cię najukochańsza i najpiękniejsza osoba. Człowiek wymięka totalnie. U mnie wyglądało to tak, że w czasie koncertów promujących płytę "Legenda", która jest według mnie szczytem gnozy chrześcijańskiej, w czasie śpiewania niektórych piosenek zaczęły się ze mną dziać dziwne rzeczy. Dokładnie wiem, że działo to się przy śpiewaniu piosenek: "Podróż na wschód" i "Przebłysk".

Podczas śpiewania zacząłem doznawać dziwnych stanów, nazwałbym je stanami mistycznymi, bo nie znam innego słowa, które by je wiernie oddawało. Były to stany takiej duchowej przyjemności i zachwytu. I miałem taki głos w sercu, że gdy śpiewałem "Podróż na wschód", to tym wschodem jest Jezus. Takie miałem poznanie. Albo gdy śpiewałem: "Światło świeć, światło prowadź mnie", jakiś głos mi mówił, że tym światłem jest Jezus Chrystus.

Pisząc tę piosenkę, myślałem o Jezusie, ale nie napisałem tego dosłownie, bo wstydziłem się, stchórzyłem, nie byłem jeszcze gotów, aby powiedzieć to wszystkim. To było dla mnie. A tu nagle na tych koncertach tak jakby ktoś mówił, żebym to powiedział. Nie "światło" tylko "Jezus". Byłem wtedy absolutnie pewien, że ten stan, który mnie ogarnął, jest od Niego, że śpiewałem piosenkę o Jezusie. Ten "Wschód" to jest Jezus, "światło"- to Jezus - "światło ze Wschodu". I byłem tak wzruszony, że płakałem. Tu tłumy, huk, czad, a mi leją się z oczu łzy. Odwracałem się jakoś, żeby inni nie widzieli. (...) - Bóg dobrał się najpierw do mych emocji, dopiero później przyszedł czas na rozum i serce. Pomyślałem sobie, że skoro śpiewam piosenki o Jezusie, to odważę się i zmienię tekst. Będę śpiewał: "Niech cię strzeże, niech cię wspiera Jezus Chrystus", a nie "światło", jak śpiewałem dotychczas. I zmieniłem tekst. Na jednym z koncertów zaśpiewałem: "Jezus Chrystus". A tu nagle okazało się, że ekipie, która przyszła na ten koncert, to się nie spodobało. Zebrali się pod sceną i zaczęli krzyczeć: "Jezus ch...", zaczęli na mnie pluć (nigdy wcześniej mi to się nie zdarzyło) i tego typu rzeczy. Dla mnie to był ogromny szok.

Cały problem polegał na tym, że ja myślałem, iż wystarczy wypowiedzieć to publicznie i sprawa załatwiona. Myślałem, że wszyscy to przyjmą, że wszystkim będzie się to podobać. A tu okazało się, że moje słowa spowodowały taką potężną agresję.

Byłem bardzo zaskoczony! Wiedziałem, że to szatan, ale moja wiara była jeszcze bardzo słaba. Oni mi straszliwie ubliżali, byłem cały opluty. Ktoś krzyczał, że Jezus to jest c..., a mnie nagle coś tknęło i po raz pierwszy powiedziałem na głos: "Człowieku! Jezus Chrystus jest Panem!" Powiedziałem to po raz pierwszy w życiu. To było pięć lat temu. A powiedziałem to nie w takiej atmosferze, że siedzimy sobie z przyjaciółmi, modlimy się i ktoś nagle mówi: "Jezus Chrystus jest Panem", ale w warunkach zupełnie skrajnych, ekstremalnych. Myślałem wtedy: "No, teraz to mnie już chyba tylko zabiją". Dziki (techniczny "Armii") dostał w twarz. Pełno krwi... Dograliśmy jakoś ten koncert do końca, ale ja zostałem zmiażdżony.

Bo ja byłem wtedy, wiesz, wielką gwiazdą rocka. Dochodziło do takich przegięć, że po koncertach przychodziły dziewczynki i mówiły: Tomek, ty masz taką moc czarodziejską, głowa mnie boli, połóż mi rękę na głowie, a mnie uzdrowisz. A ja oczywiście kładłem! Słowo honoru! A tu nagle gwiazda rocka opluta, znieważona, zmiażdżona przy wszystkich...

Ale "Jezus jest Panem", rozumiesz, nagle powiedziane zostało coś takiego! To był przełom w moim życiu. Dokładnie wtedy, gdy publicznie to powiedziałem i to w sytuacji, gdy zostałem zbity i zdeptany.

- Wtedy powoli zacząłem iść do Jezusa... W Duchu dzieje się historia, której my czasem nie rozumiemy, jakby wbrew nam. Wtedy zacząłem chcieć czegoś świadomie. Na przykład - zacząć chodzić do Kościoła. Po prostu, tak jak nie miałem wcześniej takiej potrzeby, tak teraz zacząłem tego pragnąć...


Robert Friedrich "Litza"

- Generalnie, ja zawsze miałem jakąś relację z Bogiem. Jako tako się modliłem, żałowałem pewnych rzeczy, miałem w sercu jakiś kodeks moralny. A potem... Kolega miał wypadek. Wpadł pod samochód. Po tygodniu zmarł. Przez ten tydzień byłem w Kościele codziennie. Wtedy po raz pierwszy naprawdę się modliłem. Wydało mi się wówczas, że Pan Bóg mnie nie wysłuchał. Teraz widzę, że jednak wysłuchał. Działał w sposób sobie tylko wiadomy.

Wiem, że Pan prowadzi ludzi w różny sposób. Mnie prowadził tak, że miałem zawsze wszystko to, co chciałem, nawet z nawiązką. Ale najpierw pojawiła się pycha, że ja mam, a inni nie mają. Pycha na maksa, przed samym sobą... I jeszcze takie głupie myślenie: Co tu zrobić, aby Panu Bogu za to wszystko zapłacić? A potem myśl: Może jakieś cierpienia muszą mnie spotkać? To jest przecież tak głupie myślenie, bo Pan daje zawsze za darmo, kiedy chce i odbiera, kiedy chce. To jest wyłącznie Jego sprawa. No, a potem małżeństwo... To był najważniejszy sakrament w moim życiu. Teraz widzę, że pierwszym krokiem do powiedzenia Bogu "tak" był nasz ślub, sakrament małżeństwa. A wcześniej przygotowanie. Musiałem być bierzmowany, poznałem podstawowe katechezy (nie wiedziałem, co to jest Stary Testament), Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo umiałem, ale nie rozumiałem ich sensu. Potem, po pięciu latach małżeństwa, dwie operacje serca. Konkretne przejście przez Morze Czerwone. Druga operacja uratowała mi życie. Wtedy przeżyłem największy okres "pustyni". Nie mogłem się modlić, nie mogłem słuchać, jak modlą się dzieci. Gdy słyszałem słowo "Jezus", to trzaskałem drzwiami.

Oczekiwałem emocji od wiary, emocji od Komunii, modlitwy. Byłem nieświadomy jakiejkolwiek łaski. Prawda jest taka, że ludzie niczego nie oczekują, tylko prawdy. O sobie, o świecie, o Bogu.

Ja po swoim nawróceniu naprawdę chciałem się zmienić - obciąć włosy itd. Ale Pan mnie tak dotknął, że ja pewnych rzeczy (np. tatuaży) się już nigdy nie pozbędę. I chwała Mu za to. On mówi: Masz być tutaj, mam wobec ciebie jakieś konkretne plany, jesteś tak naznaczony, a nie inaczej, pamiętaj, kim byłeś... Bóg zmienia mnie przez cały czas.


Darek Malejonek

- W 1994 r. zostałem zaproszony na czuwanie modlitewne do warszawskiego kościoła Ojców Paulinów. Kiedy usłyszałem proroctwa, przyjąłem, że jedno z nich jest skierowane do mnie. Jezus powiedział: "Przestań mnie szukać po omacku. Jeżeli chcesz mnie złapać, zrób to teraz". Wtedy wyciągnąłem ręce i "złapałem" Jezusa. Stałem tak chyba ze 20 minut, trzymałem Go bardzo mocno i nie chciałem puścić. Ale to była Msza Św., więc musiałem przestać. Po tej Mszy ojcowie zaczęli się modlić za mnie wstawienniczo. Wtedy otrzymałem Ducha Świętego i zostałem chyba do końca wyzwolony z różnych złych wpływów. Była przy tym jedna wspaniała rzecz. Ja czułem się protestantem, więc nie uznawałem Matki Bożej jako Królowej Nieba. Gdy grupa modliła się, usłyszałem proroctwo. Wtedy odezwała się do mnie Matka Boża i powiedziała: "Synku, to ja ciebie tutaj przyprowadziłam, ja wyjednałam ci łaskę u mojego Syna". A ja wtedy padłem na kolana przed Nią i powiedziałem: "Mamusiu, przecież ja myślałem, że ciebie nie ma!". Od tego momentu zrozumiałem, jak wielką moc ma Maryja. Oddałem całe moje życie Jezusowi, oddałem Mu całą moją rodzinę. Wcześniej dostałem wielki dar od Boga, który mnie uchronił od pójścia w złą stronę - moją żonę. W kwietniu 1995 roku przyjąłem sakrament chrztu i bierzmowania, wzięliśmy też ślub kościelny.

Jest w Starym Testamencie taki fragment, kiedy król Dawid szedł na wojnę z Filistynami i nie miał miecza. Kiedy poprosił kapłana o miecz, ten powiedział: "Jest tylko miecz Goliata, którego zabiłeś". A wtedy Dawid wziął miecz i powiedział: "Jest to najlepszy miecz". Zobaczyłem, że muzyka rockowa jest takim mieczem Goliata, który Bóg dał w moje ręce. Dzięki muzyce rockowej możemy teraz ewangelizować młodych ludzi i wyrywać ich ze szponów ciemności, bo muzyka rockowa ma wielki wpływ na ludzi. Do tej pory była ona właściwie w rękach diabła. Wierzę w to, że wielu młodych ludzi nawróci się dzięki muzyce rockowej. Ja oddałem cały mój zespół, całe moje życie temu celowi.


Tymoteusz

Robert Friedrich: - Często, gdy doświadczaliśmy na sobie zła czy prześladowania świata, to mówiliśmy sobie z Tomkiem Budzyńskim: pamiętaj "2 Tm 2,3". A tam czytasz: "Weź udział w trudach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa". I militarne hasełko przy okazji się znalazło - śmialiśmy się...

Tu, w Tymoteuszu, kłóciliśmy się, bo byliśmy tyranami. I Budzyński, i Malejonek, i ja jesteśmy w swoich zespołach liderami, tzn. mamy wizję całości tego, co chcemy robić. Przez pierwsze dni wspólnego grania jeden przed drugim udawał pokornego, aż w końcu to pękło, wybuchło i teraz widzimy, że bez modlitwy i łaski przebaczenia Bożego, to byśmy się tu wszyscy zaszlachtowali.

- Tutaj musi być Jezus. Jest najważniejszym członkiem zespołu.

Zawsze, gdy modlę się przed nagraniami, zapraszam Go do składu. Jeśli Go nie będzie w składzie, to nie mamy żadnych szans.

Darek Malejonek: - Nie obawiamy się zarzutów o profanację. Pismo Święte mówi przecież wyraźnie, że "czasem głos Boga jest, jak huk gromu" (J 12,28). Jeśli ktoś jest otwarty i nie ma złych intencji, nie dopatrzy się w tym , co zrobiliśmy, niczego złego.

Marcin Jakimowicz (KAI)
Atrykuł publikowany w "Życiu"