Wywiad z Licą po podpisywaniu Paschy 2000


W związku z premierą nowego albumu "Pascha 2000" w Warszawie pojawili się muzycy formacji 2Tm2,3. Okazało się jednak, że w jednym z największych i najbardziej "reprezentacyjnych" sklepów muzycznych stolicy czterdziestomilionowego europejskiego państwa nie ma miejsca, w którym można spokojnie porozmawiać. Poczekaliśmy więc, aż muzycy skończą rozdawać autografy i wraz z wygłodniałym Litzą oraz drugim gitarzystą i basistą Tymoteusza udaliśmy się do jednej z amerykańskich "restauracji", serwujących kurczaki na dwutygodniowym oleju, gdzie muzycy posilili się, odkryli kilka nowych zastosowań drobiowego naleśnika ze śladową ilością warzyw, wymieniliśmy opinie na temat ostatniej płyty Moloko, po czym syty i zadowolony lider grupy mógł już odpowiedzieć na pytania. Przed wami Robert Friedrich - Lica.

rockmetal.pl: Jak wam się podpisywało? Było dużo fanów? W ogóle lubisz takie trasy promocyjne?

Lica: Cały dzień był bardzo trudny, bo to wszystko spadło na nas niespodziewanie. Kiedy skończyła się trasa, okazało się, że podobno wiedzieliśmy o press-tour, czyli takich dniach jak dzisiaj, kiedy spotykamy się w różnych radiach, gazetach, takich dziwnych miejscach, żeby promować to, co nagramy. No i dziś właśnie miało to miejsce. Ja za bardzo takich akcji nie lubię, raz, że nie lubię się oddalać z domu za bardzo, a dwa, że podpisywanie płyt jest dla mnie dziwną czynnością w ogóle. W sumie nie wiem, czemu służy, chociaż sam biegałem po autografy do TSA (śmiech). Ale dzisiaj było bardzo fajnie, dużo ludzi przyszło, można było porozmawiać nie tylko o tym, że ktoś chce autograf, ale też o różnych innych rzeczach. Mam nadzieję, że to się na coś przyda.

Minęło już kilka dni od premiery, ale wasz nowy album nie dotarł jeszcze niestety do naszej redakcji. Mam nadzieję, że stanie się to lada chwila, ale na razie musisz sam powiedzieć o jego zawartości muzycznej.

Szkoda, że nie słyszałeś albumu, bo z tego co ludzie mówią, jest to dobra płyta, to tak coś pod Moloko (śmiech). Nie, w sumie to zbliżyliśmy się na tej płycie bardzo ostro do nurtu country, gdyż dostaliśmy od sponsora konie, Krzychu ma w Krotoszynie (Krzychu w tle zwija się ze śmiechu - red.), dostaliśmy kapelusze, sponsor prosił, żeby ta płyta była w kierunku country.

Czyli to ten sam sponsor, który wyłożył kasę na ostatnie płyty Metalliki?

Dokładnie tak, ten sam. To właśnie o to chodziło (śmiech). A poważnie, to trzeba posłuchać, ta płyta jest podobno bardziej zwarta, cokolwiek by to znaczyło...

Właśnie, do tej pory w waszej muzyce słychać było jakby trzy nurty - ciężki, gitarowy, kojarzący się z twoją osobą, klimaty bardziej punkowe, to Tomek Budzyński i reggae - działka Darka Malejonka...

Muszę cię zaskoczyć, bo wielu ludzi się nacięło, jeśli chodzi o to, kto robił który numer. Często Budzy tworzy ostre numery, ja łagodne. Ja reggae nie robię, ale na przykład "Psalm 18" na drugiej płycie jest mój, a Budzego jest "Amen", więc zupełnie odwrotnie.

Z tego, co mówiłeś, ta płyta jest spójna i bardziej optymistyczna, choć nadal ciężka. Co miałeś na myśli?

Tak mi się zdaje. Ona ma dużą dawkę optymizmu, choć jest ostra. Ja bym to określił tak: druga płyta była na wieczór, to ta jest na poranek, dobrze budzi. Poza tym nie jest za długa, to też jest jej zaleta, nie jest tak zróżnicowana jak "dwójka". Rozmawialiśmy już z Darkiem Malejonkiem, że ta płyta jest dość ostra, więc może na nowej spróbowalibyśmy zrobić coś unplugged, zaprosić jakieś smyki, coś takiego. Szkoda, że to wszystko tak szybko szło, nie mogliśmy być przy miksach, Adaś Toczko realizował ten album i to, co jest na płycie, to jego wizja wszystkiego, co było na śladach. Podoba mi się to. Bardzo gitarowa płyta. Myślę, że każda płyta miała swój czas. Nie wyobrażam sobie dziś innej płyty niż ta.

Coraz bardziej skraca się czas między waszymi kolejnymi płytami...

Wiesz, chodziło o to, że chcieliśmy jeszcze w tym roku ją nagrać...

Czy ta presja jakoś wpłynęła na kształt płyty?

Tak, tylko ją polepszyła. Nie było smędziarstwa takiego i nudzenia, tylko konkret, wiesz, ktoś wpadał do studia, dogrywaliśmy wokale, wszystkie kompozycje robiliśmy zespołowo. Pierwszy raz była taka sytuacja w wypadku Tymoteusza, że spotykaliśmy się, robiliśmy próby. Te piosenki powstały w wyniku prób, nie jakichś prywatnych, pojedyńczych przemyśleń.

Z tego co zauważyłem, większa część waszych koncertów to duże, otwarte "spędy", festyny, darmowe imprezy. Czy wolisz tego typu występy, czy małe koncerty klubowe, na których nie ma przypadkowych słuchaczy, a jedynie osoby zainteresowane waszą muzyką?

Odpowiedź jest jasna. Chciałbym grać dla jak największej ilości ludzi, najchętniej darmowe koncerty. Po prostu to co śpiewamy, teksty z Pisma Świętego, czasem trochę gryzą się z koniecznością zapłacenia piętnastu albo dwudziestu złotych. Czasem w takiej sytuacji trudno jest śpiewać cokolwiek, psalmy na przykład. Ideałem dla mnie byłoby granie na takich imprezach jak Juwenalia, Odjazdy, różnego rodzaju spędy "niechrześcijańskie". Tak samo jak ważne jest to, że wydajemy płytę dla wytwórni, która nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, tak samo chcielibyśmy grać na imprezach, gdzie nie ma zbyt pobożnej publiczności. Jednak gramy tam, gdzie nas zaproszą, a na takie imprezy nikt nas nie zaprasza nawet za darmo. W większości zaproszenia pochodzą od księży, na imprezy przez nich organizowane, świeccy organizatorzy nie wchodzą w to za bardzo, chociaż przecież lutujemy czasem mocno i niewiele ma to wspólnego z takim hermetycznie pojętym sacrum.

Teraz chyba stajecie się zresztą zespołem coraz bardziej "środowiskowym". Kiedyś 2Tm2,3 było traktowane jako ciekawostka, supergrupa, gdzie grają razem liderzy trzech liczących się formacji, teraz nikt nie patrzy na was jak na projekt, lecz jak na regularny zespół...

Wiesz, jesteśmy otwarci i czasem mi jest nawet trudno przyjąć to, w jakich warunkach gramy. Ale jest jak jest i cieszymy się, że mogliśmy na przykład tu, w Warszawie zagrać na AWF-ie, gdzie było normalne pogo, ponad dwa tysiące ludzi...

Jak wygląda wasza publiczność? Czy nadal są to klasyczni fani rocka? Przecież gracie głównie na imprezach organizowanych przez księży, parafie...

Nie, ciągle jest pogo, stage-diving, ludzie skaczą, są to normalne koncerty z tą tylko różnicą, że zdarza się, że się modlimy z tymi ludźmi, którzy są pod sceną. Mówimy wszyscy "Ojcze nasz" na przykład. To się rzadko zdarza na koncercie Kazika, nie zdarzyło się na Acidach, więc tylko taka jest różnica. Zdarzy się czasem w tłumie jakaś siostra zakonna albo jakiś kleryk, ale to bardziej na Armii niż na Tymoteuszu (śmiech).

Nie obawiasz się, że łączenie muzyki z ideologią może zaprowadzić zespół muzyczny w ślepą uliczkę? Nie boisz się, że w pewnym momencie staniecie się tylko "bojownikami" o swoje idee, że muzyka, sztuka straci znaczenie?

Bardzo się boję, lękam się (śmiech). W ogóle o tym nie myślałem. Zawsze kiedy się gra, robi się to z całego serca i najlepiej jak się potrafi. Czy ty gorzej wduszasz "Enter", kiedy robisz to dla jakiejś idei? Nawet taki zespół jak Chumbawamba, który jest bardzo mocno zaangażowany, robi świetne piosenki. Człowiek, który tworzy, wyraża się przez sztukę i kiedy w swoim życiu dostrzega, że nic nie ma sensu bez Boga, że to co ma, musi mieć jakiś sens tylko w kontekście Boga, bo inaczej nie ma żadnego sensu, jest dziełem przypadku... Ja nie chcę żyć w jakiejś przypadkowości, bo przeżyłem takie rzeczy w swoim życiu, że nie wierzę już w żadną przypadkowość, mam nadzieję, że jest Pan Bóg, że Chrystus był naprawdę i zmartwychwstał, że nie ma śmierci i to powoduje, że ta twórczość ma pewien wymiar, zupełnie inny niż kiedyś. Sama muzyka się nie musi zmieniać, choć może. To tak jak z Arką Noego - zacząłem pisać piosenki, o których nigdy bym nie pomyślał, że będę je pisał, a jednak one są, a ja się przyglądam i bardzo mi się to podoba. To nie przeszkadza. Szczególnie w muzyce rockowej chodzi o to, żeby jej twórca się wyrażał. Nie jesteśmy wykształconymi muzykami. Nie zapieprzamy z partytur, czy coś, tylko wyrażamy przez muzykę to, co mamy na co dzień w życiu. Kiedy mnie interesowały albo nie interesowały jakieś rzeczy, to miało to oddźwięk w muzyce. I tak samo jest teraz, kiedy jest Pan Bóg, kiedy wszyscy w Tymoteuszu są zaangażowani we wspólnoty neokatechumenalne, wspólnoty, które bardzo przypominają Kościół pierwotny, które są jakby odpowiedzią Soboru Watykańskiego II na katechumenat dorosłych. Katechumenat był okresem przygotowania człowieka do chrztu. Mimo, że jesteśmy ochrzczeni, to przechodzimy ten okres ponownie, więc można powiedzieć, że są to wspólnoty zbliżone do wspólnot pierwotnych, że jest takie miejsce, gdzie ja mogę z moim temperamentem i z moją dziwacznością się zmieścić, bo mam takie pragnienie, więc się bardzo cieszę, że się mogę zmieścić i to wpływa na to, co tworzę, co tworzymy wszyscy.

Jednak wasza muzyka jest adresowana do konkretnego odbiorcy - albo do osoby, która ma się nawrócić, albo do słuchacza wierzącego...

Przez te lata się zastanawiałem, do kogo jest adresowana i nie wiem. Na samym końcu widzę, że granie w Tymoteuszu jest mi bardzo potrzebne, ponieważ ja nigdy nie miałem takiego doświadczenia, że jest drugi człowiek, który ma tak samo egoistyczne podejście do życia jak ja. Zawsze w kapelach typu Flapjack, Acid Drinkers, wszędzie, ja byłem tym, który wszystkich terroryzował swoimi wizjami. W Tymoteuszu tak się złożyło, że tutaj praktycznie każdy jest takim liderem. W tym momencie to jest niesamowite miejsce. Trzeba się naprawdę nawrócić i zobaczyć, że się nie jest pępkiem świata, że jest drugi człowiek. Dlatego często są konflikty, ale dobre jest to, że możemy się pogodzić, że możemy się razem modlić o to, żeby nam Pan Bóg dał nawrócenie.

Zmierzałem do czegoś troszeczkę innego. Czy zetknąłeś się z ludźmi, którzy słuchają Tymoteusza tylko i wyłącznie dla samej muzyki, nie zwracając uwagi na przekaz?

Nie wiem, nie robiłem żadnego plebiscytu, ale widzę, czasami ktoś przychodzi, daje mi okładkę do podpisu, a ma na koszulce Samael albo coś... OK, dobrze, że ma alternatywę, że nie musi chodzić do McDonalda codziennie na obiad, tylko może sobie pójść do baru mlecznego na przykład. Dawać człowiekowi możliwość wyboru. To, co robimy, nie jest agitacją kościelną, po prostu w środowisku, gdzie tego nie ma, dajemy możliwość posłuchania czegoś, czego nie ma. Bo ja nie wiem, czy mi to jest tak do szczęścia potrzebne albo moim dzieciom, żebym ja jeździł i śpiewał psalmy ludziom, którzy może niekoniecznie chcą tego słuchać. Na razie to robię, ale moje miejsce jest w domu, przy dzieciach. Mam piątkę dzieci, więc mam co robić.

Kiedy stoisz na scenie, śpiewasz teksty religijne, czy nie czujesz się wtedy kimś w rodzaju kaznodziei?

Nie, ja te teksty odnoszę bardziej do swego życia, kiedy śpiewam "Marana Tha" to naprawdę chcę, żeby Pan Bóg przyszedł w końcu i mi pomógł, bo ja sobie nie radzę tutaj z wieloma rzeczami, jestem słaby i kiedy śpiewam: "Uwielbia dusza moja Pana mego moc/Bo wielkie rzeczy czyni we mnie wszechmocny Bóg", to też mówię prawdę, bo wiele rzeczy Pan Bóg dał mi w życiu, uratował mnie od pewnych sytuacji, dał mi doświadczyć, że mnie kocha i ja chcę o tym mówić. Naprawdę nie ma tekstu, z którym bym się nie utożsamiał albo z tym co śpiewa Darek albo Budzy. Jeżeli śpiewamy "Sh'ma Izrael" - "Jedyny Pan/prawdziwy Bóg/wszystko co mam/oddaję mu", to nie śpiewamy tego z takiego punktu widzenia, że ty masz tak myśleć, że Pan Bóg jest dla ciebie jedyny, bo my sami jesteśmy daleko od tego, żeby Bóg był naszym jedynym panem, jesteśmy po prostu na drodze do nawrócenia, ale jest to rodzaj proroctwa, ja chciałbym, żeby tak było, żeby Pan Bóg był moim jedynym Bogiem.

(W tym momencie przerywa nam dzwonek telefonu. Lica rozmawia przez chwilę z żoną, po czym opowiada jeszcze, że chciał nazwać syna po dziadku Heinrich. Heinrich Friedrich, czy to nie prawdziwie polskie nazwisko? :) Po czym dowiadujemy się jeszcze, że babcia muzyka nosiło nazwisko, które w tłumaczeniu na polski brzmiałoby "trawa" w tym psychodelicznym znaczeniu ;) i wracamy do rozmowy - red.)

W "normalnych" mediach nie jesteście szczególnie promowani, natomiast ciekaw jestem, jak reagują różnej maści katolickie środki przekazu?

Powiem ci szczerze, że nie wiem, nie mam pojęcia, ponieważ jedynym radiem, jakie miałem do słuchania, było takie w samochodzie. Mogę ci je dać za chwilę, bo nie działa (śmiech). W domu nie mam takiej możliwości, nie słucham, nie interesuję się radiem po prostu. Jak mogę, słucham kompaktów i to takich spokojnych, reggae, jak widać na załączonym obrazku (śmiejąc się pokazuje dready - red.). Jest trochę wywiadów, cały czas z KAIu (Katolicka Agencja Informacyjna - red.) ktoś z nami rozmawia, do "RUaH", do różnych tego rodzaju gazet. Zainteresowanie jest. Jeśli chodzi o Kościół, to mamy ludzi, którzy nas wspierają modlitwą, wierzą, że jest to potrzebne, czasami nam pomagają, żebyśmy też w to wierzyli. Kardynał metropolita krakowski Macharski był na naszych dwóch koncertach od początku do końca. Wytrzymał, podobało mu się. Arcybiskup Chrapek, ci duchowni, którzy sprawę nowej ewangelizacji widzą szerzej, łykają to.

Stykasz się z wrogością tych duchownych, którzy są mniej na tą ewangelizację otwarci?

Oczywiście, że tak. Ale ja uważam, że Pan Bóg takich ludzi kocha jeszcze bardziej.

Powiedz coś o Arce Noego (projekt Litzy, muzyków związanych z 2Tm2,3 i ich dzieci, wykonujących piosenki religijne, w aranżacjach sięgających od folku do reggae - red.), ponieważ fanom rocka ten zespół nie jest zbyt szeroko znany.

Wiesz, dostaliśmy w zeszłym roku propozycję napisania piosenki o ojcu. Różnie: o ojcu w rodzinie, o ojcu... Rydzyku (śmiech), o Bogu Ojcu i tak dalej. I to wszystko mieli śpiewać muzycy rockowi, ale nie było słowa, które mógłbym sobie wyobrazić u muzyka rockowego jak śpiewa o ojcu. Nie mogłem. W środowisku rockowym ta figura jest bardzo nieczytelna, więc trudno mi było cokolwiek napisać. Już się prawie wycofałem i w momencie, kiedy już miałem powiedzieć "nie", pomyślałem: "a może dzieci?", a pomysłodawcy na to "Dobra!" Dorosłymi się zajął Jan Pospieszalski i zrobił "Osiem Błogosławieństw" (kawałek, który przez jakiś czas można było zobaczyć w pierwszym programie TVP - z Natalią Kukulską, Ryszardem Rynkowskim, Czesławem Niemenem i innymi - red.), a ja zacząłem coś tam pisać, po czym poszedłem do redakcji programów katolickich TVP z gitarą pod ręką i zacząłem śpiewać udając dziecko. Tam się chwycili za głowy, spuścili oczy na dół i nie wiedziałem, czy się śmieją ze mnie, czy coś (śmiech) i było wesoło. Wiesz, siedzę przed jakimś gremium, które ocenia jak śpiewam "Nie boję się, gdy ciemno jest!" (śpiewa pięknym, niewinnym, dziecinnym głosikiem, przypominającym nieco telewizyjnego Kulfona ;) - red.) i myślę "co ja robię właściwie?". Okazało się, że wprawdzie nie jest to jakiś hit (śmiech), ale spróbujemy, niech te dzieci nagrają, może coś z tego wyjdzie. Jeszcze pytałem znajomych, jaka tonacja itd., nie wiedziałem za bardzo i okazało się, że dzieci sprawiły, że to miało ręce i nogi. Po jakimś czasie był pomysł, żeby zrobić takiego "małego Tymoteusza" i przyszła propozycja robienia muzyki do "Ziarna" (telewizyjny program katolicki dla dzieci - red.), okazało się, że siostra znana z widzenia nie gorszy się naszym wyglądem, ani naszą przeszłością, mieliśmy u niej kredyt zaufania i zaczęliśmy pisać razem z dziećmi trochę muzyki. Udawało się, dziesięć razy się udało i powstała płyta. Ma bardzo dobre przyjęcie, śpiewają to duzi, mali, wszyscy to znają, jest to dla nas niesamowite, kiedy piszą do nas rodzice, że ich dzieci to śpiewają albo czasami, jak jest trudno w domu i to leci, to pozwala pogodzić się między sobą. Dostaliśmy wiele wzruszających listów. Cieszymy się z tego. Jako artysta jestem bardzo szczęśliwy, że mogę zrobić coś, co służy ludziom. Poza tym ostatnio zaczęliśmy grać koncerty i graliśmy w Krakowie z taką całą dużą ekipą, tam są skrzypce, trzy gitary, akordeon, kontrabas, dwa zestawy różnych przeszkadzajek i dzieci. Publiczność była bardzo różna, nawet księża. Przyszła, jak graliśmy z Kazikiem, taka ekipa z kolczykami w nosie, chcieli zobaczyć to zjawisko, no i tam paru się popłakało, przyszli i powiedzieli, że takiego czadu nie widzieli, że Kazik gra mocno, ale dzieci w ogóle rządzą. Zapraszam, jak będziemy w Warszawie, to przyjdźcie. Może się uda akurat koncert. Coś w tym jest, ja jeszcze nie wiem co, ale po co rozumieć wszystko? Kiedy gram, jestem bardzo szczęśliwy. Poza tym jeździmy całymi rodzinami, nie muszę się martwić, co tam z dziećmi. To jest straszny gnój, bo dzieciaki rozrabiają na maksa, one nie są szkolone, ani nic, po prostu gnój robią. W czasie śpiewania dłubanie w nosie, gadki, przerywają, ktoś zapomni zwrotki, to trzeba akord trzymać, podejść i "poink! śpiewasz!", i dzieciak śpiewa. Jazda jest niesamowita. A co do nazwy... Nie wiedzieliśmy, jaką wymyślić, ale kiedyś mieliśmy przygotowanie w domu do liturgii i pojawiło się hasło "Arka Noego", jako miejsce ucieczki przed potopem, gdzie można przetrwać, gdzie jest życie, coś co się nie topi... Dzieci bardzo lubią tę historię i tak została Arka Noego.

Będziesz nagrywał kolejne płyty z dzieciakami, czy to jednorazowy projekt?

W tej chwili odzew jest taki, że Ministerstwo Edukacji Narodowej chce to wydać we współpracy z telewizją na wideo, bo do każdej piosenki jest teledysk, przynajmniej do dziewięciu. Będzie to w szkołach dostępne, dzieci będą mogły nieodpłatnie korzystać i o to chodzi. Jest też propozycja, żeby robić w dalszym ciągu te programy. Jak się uda, to znaczy jak Pan Bóg nam pomoże i da pomysły, to będziemy robili. My byśmy chcieli. Czy teraz jest nasza pora to nie wiem, ale bardzo się cieszymy, że to akurat my. Zresztą to jest tak, że jak coś osądzam, to zawsze mam potem możliwość, żeby zobaczyć prawdziwe oblicze tego, co osądzam. Osądzałem na przykład Kościół. Dzisiaj mam możliwość zobaczyć Kościół od środka żyjąc we wspólnocie, która jest żywą tkankę, gdzie są bracia, którzy są w więzieniach, nie mają domów albo nie mają co jeść, inni znowu mają za dużo. Więc mogę doświadczyć życia tej wspólnoty od środka i dziękuję Panu Bogu za to. Osądzałem też takie dziecięce uwielbienie, nie podobało mi się, to nie moja estetyka i teraz mam możliwość pisania piosenek w takim układzie i robię to. Nie podobają mi się polskie samochody (śmiech), nie wiem, może wymyślę jakiegoś nowego "polaja" (śmiech). Dużo rzeczy osądzam, ale teraz to jest i fajnie.

Mimo rezygnacji z grania w Acid Drinkers, jesteś człowiekiem strasznie zaganianym. Pracoholik?

Jest problem, ja nie potrafię odmawiać. Teraz miałem być trzy dni w domu i się okazało, że muszę jeździć po miastach i robić ten press-tour. Właśnie żona mnie tam błogosławi, dwójka dzieci jest chora. Trzeba to do szkoły odprowadzić, do zerówy. Teraz ta dwójka chora to marudna... Ale mamy też dobrą teściową.

Jeszcze pytanie, które zawsze zadajemy. Czy korzystasz z Internetu i jakie masz na jego temat zdanie?

Od wczoraj chciałem... Naprawdę, wczoraj chciałem wejść... Dzięki temu, że Arka Noego zaczęła sprzedawać płyty. Chociaż ja już nagrałem ze dwadzieścia płyt, ale nigdy nic z tego nie miałem albo miałem tyle, że można było długi oddawać. Arka się teraz dobrze sprzedaje, mogłem kupić telewizor po jedenastu latach małżeństwa, kupiłem wideo, ale jeszcze nie podłączyłem (śmiech), to znaczy dzieci, Majka podłączyła. No i kupiłem komputer. Wczoraj próbowałem wchodzić, ale okazało się, że tam trzeba wpisać numery jakieś, ppp i takie tam 0-20... i teraz już podobno będę mógł wejść. Tak więc jeszcze nie wiem, co to jest. Boję się zaglądać na strony związane z seksem (śmiech). Boję się trochę tego wszystkiego, bo to jest okno, przez które można wszędzie zajrzeć, a ja wole czasem pewnych rzeczy nie wiedzieć. Nie jestem taki silny, żeby rezygnować z czegoś. Ostatnio byłem w hotelu i... mam wielką słabość do telewizorów (śmiech), no i siedziałem, czwarta rano, a ja tylko: zwierzęta-sport-dziewczyny-wszystko-sprzedaż czegoś tam. Najwięcej problemów miałem z telegazetą. Aha, telegazetę mam też w domu.

No i to już koniec. Możesz jeszcze coś dodać...

Chciałem powiedzieć, że jedzenie we wszelkiego rodzaju fast-foodach jest bardzo zdrowe wbrew pogłoskom, warzywa są niezdrowe i witaminy są niezdrowe, natomiast wszystko z mikrofali jest bardzo zdrowe i ważne, żeby było smażone na tym samym oleju. I polecam jeszcze wakacje na Śląsku (śmiech), w Sosnowcu. Drogo jest, to prawda, ale się opyla (śmiech). Dzieci zawsze na wakacje wysyłam na Śląsk i wracają ładnie opylone (śmiech), dobrze się uczą potem (śmiech), na tym żelazie się dobrze zapisuje te wszystkie detale (śmiech). Tak więc korzystajmy z tego, co nam niesie przyroda i na Śląsk! Na wakacje do Sosnowca!

autor: Kalisz
http://rockmetal.pl